STRZEC SWOJEGO WYNALAZKU

W dniu, kiedy dokonuje tego niezwykłego odkrycia, zupełnie niespodzie­wanie odwiedza go wieczorem Tristan Tzara. Jest zachwycony pomysłem i obaj wykonują wspólnie kilka rayogramów. Tzara układa zapałki na papierze i dziu­rawi go zapalonym papierosem, podczas gdy Man wygina z drutu stożki, trój­kąty i spirale. Tzara, podekscytowany uzyskanym efektem, bardzo by chciał kontynuować z przyjacielem to nowe doświadczenie. Ten jednak jest nieufny i obawia się, żeby mu nie ukradziono jego pomysłu. Woli pracować sam i strzec swojego wynalazku. Także Kiki uważa rayogramy za coś niezwykłego, ale wolałaby, żeby Man poświęcał więcej czasu jej, zamiast ślęczeć przy swoich zajęciach.

ZASKAKUJĄCE ODBICIA

Może się w niej obyć bez aparatu, obiektywu i płyty fotograficznej. Wystarczy tylko umieścić różne przedmioty na czułym papierze fotograficznym i przez kilka sekund wystawiać je na światło jak negatywy. Po chwili zaczynają wyłaniać się powstające samo­istnie obrazy, jakby bez czyjegokolwiek udziału. W tak spontaniczny sposób po­wstają zniekształcone i załamujące się cienie, będące wynikiem działania zwy­kłego, dziennego światła. Man wykorzystuje do rayogramów wszystko, co ma akurat pod ręką: termometr, wyszczerbiony kubek, lejek, chustkę do nosa, wa­tę, ołówki, klucze… Na papierze fotograficznym przedmioty te pozostawiają automatycznie zaskakujące odbicia.

PEWNA ZABAWA

Tzara wybucha śmiechem. Rozumie bowiem aluzję Kiki do tego, co stało się dla nich niemal hasłem: otóż Man nazwał jeden ze swych obrazów Palcami mi­łości, Tzara zaś posłużył się tym określeniem w katalogu galerii Librairie Six. Ale wiesz – kontynuuje Kiki – wydaje mi się, że w przeciwieństwie do mnie Man nie wykorzystuje swoich palców miłości. Teraz zajmuje się wyłącz­nie tymi swoimi rayogramami, które od tygodni ustawia na różne sposoby. Cza­sem zastanawiam się, co w nich widzi bardziej pociągającego ode mnie.Man marzy, by uczynić fotografowanie czymś zupełnie automatycznym, co pozwalałoby mu posługiwać się aparatem jak maszyną do pisania. Wymyślił pewną zabawę, w której posunął się znacznie dalej. 

PODCZAS WERNISAŻU

Podczas wernisażu Man poznaje Erika Satie’ego, z którego szatańskiego spojrzenia bije uprzejmość i złośliwość zarazem, a który ma w sobie coś z du­szy dziecka. Zauroczony jego osobowością, Man improwizuje dzieło, które de­dykuje temu wspaniałemu kompozytorowi. Do spodu żelazka przytwierdza kil­ka rzędów gwoździ tapicerskich, tworząc tym samym zupełnie irracjonalny przedmiot, pozbawiony swej konkretnej funkcji, wręcz komiczny w swej absur­dalności. Wszyscy są zgodni, że i to „dzieło” powinno się znaleźć wśród prac prezentowanych na wystawie.Jakiś czas później, kiedy Man wspomina o tym zdarzeniu w obecności Kiki i Tzary, ona wykrzykuje:Dzięki temu nie muszę prasować! A tak naprawdę to moje palce są przy­datne tylko w miłości!

RYTUALNY ZNAK

Man od razu uwiecznia na kliszy ten dziwaczny, rytualny znak. Tymczasem dla niewtajemniczonych pojawienie się Duchampa jest prawdziwym szokiem. Czyżby więc istniał naprawdę ów niesa­mowity człowiek wymyślający coraz to dziwniejsze fryzury, zmieniający płeć tak, jakby zmieniał koszule, i każący się nazywać „Rrose Selavy”?! Ten pseudo­nim kobiety-kwiatu to literowy rebus zdania: Eros c’est la vie. „To nawet lepiej niż Rose c’est la vie” – myśli Kiki, gdy Man wyjaśnia jej, w czym rzecz. Ona, dla której miłość i namiętność stanowią o całej wartości życia, nie może zrozu­mieć, dlaczego nikt nie ma odwagi mówić o tym wprost, jakby chodziło o jakąś wstydliwą chorobę albo coś śmiesznego i niemodnego.